Powstała pierwotnie w 1953 roku jako następstwo kilkumiesięcznego Safari w Afryce Wschodniej, jednak w wyniku splotu wielu niefortunnych wydarzeń, Ernest jej nie dokończył. Dopiero w 1999 roku, jego syn Patrick pokusił się o redakcję maszynopisu i wydanie powieści po śmierci ojca. Jednak czy było warto odgrzewać coś, co pachnie zmierzchem brytyjskiego kolonializmu w Afryce? Na to pytanie odpowiem wam poniżej.
Obóz, namiot, polowanie i kto się do kogo wtrąca
Ernest Hemingway stworzył powieść, która jest po trosze jego pamiętnikiem ostatniego pobytu w Afryce Wschodniej. Jego ostatnia (czwarta) żona Mary bardzo zazdrościła jego trzeciej żonie (Pauline) wprawności w, no co tu dużo mówić, zabijaniu zwierząt. I polowanie na wszelakie zwierzęta na sawannie jest tu opisane bardzo dokładnie. Dzięki temu jesteśmy w stanie poznać poglądy jakie mieli Amerykanie na tego rodzaju aktywności, a wy nauczycie się, że kłusowanie kiedyś i kłusowanie dziś, to niekoniecznie zupełnie dwa różne pojęcia. Kiedyś miało na celu również obronić wioskę przed zbyt zuchwałym lwem i zapewnić mięso ludziom z tych wiosek i obozów rozłożonych wokół sawanny. Dziś to najczęściej absolutnie nielegalna czynność miejscowych lub równie nielegalne zabawy panów, którzy mają za dużo pieniędzy, za wielkie ego i zdecydowanie za mały mózg.
Wracając do powieści. Miss Mary to taki trochę reprezentant tej drugiej części polujących. Ani nie jest najlepszym łowcą, ani nie jest zbyt lotna, a przynajmniej to wynika z opisu jej męża Ernesta, ale ma idee fixe, a mianowicie dopadnięcie wielkiego i niezwykle inteligentnego lwa, tylko dlatego żeby pozbawić go życia i stać się w swojej ocenie lepszym myśliwym niż poprzednia żona pisarza. Zresztą miss Mary to trochę taka okrutnie irytująca mucha tej powieści. Zajmuje sporą ilość treści, a za każdym razem jak się odzywa, chce się powiedzieć jej, że lepiej by było, gdyby tylko wyglądała i robiła za tło. No cóż, na tym polega dobra powieść, ma poruszać nasze emocje, nie zawsze pozytywnie.
Problemy w obozie głównego bohatera, realia tego co dzieje się wokół niego, codzienność mieszkania pod namiotami jako zupełnie normalnego miejsca zamieszkania przez wiele tygodni dla jego i jego żony, obsługi w tymże obozie (czarna służba, która odpowiedzialna była tylko za gotowanie, a podawanie, za sprzątanie, za pranie, za przygotowanie broni, za łączność z miastem, za towarzyszenie w czasie polowań), która liczyła do kilkunastu osób. To wszystko przytłacza, ale z drugiej strony pozwala nam cofnąć się w czasie do lat 50-tych, kiedy podziały społeczne i rasowe były nadal w formie i Ernest nie musiał pisać z zachowaniem poprawności słowno-politycznej, ponieważ takie były realia i taka była wtedy ich poprawność. Nie mi oceniać jak bardzo się mylił i żył u schyłku tej ery, moim i każdego czytelnika zadaniem jest przyjąć tą wiedzę, ponieważ nie jest zakrzywiona w żaden sposób.


Realia Afryki lat 50-tych
Powieść nie jest wartka, jest jak życie na sawannie, po prostu się toczy. Mamy odwieczny konflikt pomiędzy plemieniem Kamba i plemieniem Masajów, mamy wtrącanie się białego człowieka w absolutnie nieswoje sprawy. Mamy również hierarchię sawanny kenijskiej, gdzie lew jest niekwestionowanym królem, gdzie nie każde zwierzę wolno zastrzelić na mięso, ponieważ nie każde jest zgodne z wiarą ludzi i nie każde wiara pozwala spożywać. Do tego legendy afrykańskie, zwyczaje, uprzedzenia i zasady wpojone czarnym wobec białych. „Prawda o świcie” napisana została niczym „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen lub „Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka.
Dla zmęczonej głowy
To jest powieść idealna dla kogoś, kto lubi pamiętniki, nie przepada za nadmiarem wątków i uwielbia poza powieściami, które podałam powyżej również pierwszy i drugi sezon serialu „The Crown” z Netflix. To są te „stare dobre czasy” Tanganiki, Rodezji i momentu, kiedy cały anglojęzyczny świat romantyzował kontynent afrykański.
Ernest Hemingway „Prawda o świcie”
Wydawnictwo Marginesy