„Zęza” Ewy Przydrygi to nie jest książka, którą się czyta. To pozycja, w którą się wchodzi. Powoli. Ostrożnie. Niczym zejście po schodach do piwnicy w całkowitych ciemnościach – ze świadomością, że im głębiej, tym ciemniej, a finał tej wędrówki wcale nie musi zakończyć się po naszej myśli.
„Zęza” Ewy Przydrygi – zaginięcie, trauma i rodzinne dramaty
Od początku Ewa Przydryga w książce „Zęza” wysoko zawiesza poprzeczkę: zaginięcie, rodzinne dramaty, trauma i sytuacje, w których zarówno cisza, jak i krzyk bolą tak samo. Początek „Zęzy” jest więc trudny i emocjonalnie nieprzyjemny, ale bardzo uczciwy wobec historii, którą autorka chce opowiedzieć. Nic nie zostaje tu podane na miękko. Trzeba zaakceptować wielowątkowość, zmieniające się perspektywy i zaufać, że wszystkie elementy dokądś prowadzą.
Ogromną siłą powieści jest psychologizacja bohaterów. Ewa Przydryga zagląda w najciemniejsze rejony ludzkiej psychiki: traumy, poczucie winy, straty i konsekwencje decyzji, od których nie da się uciec. Przeszłość nie jest tutaj tłem, lecz ciężarem, który ciągnie bohaterów w dół niczym kotwica rzucona na pełnym morzu.

A morze odgrywa w „Zęzie” rolę szczególną. Nie jest jedynie scenerią, ale niemal żywym organizmem – bezlitosnym, tajemniczym i karmiącym się ludzkimi lękami. Kaszubskie legendy, wierzenia i tradycje nadają tej historii pierwotny, mroczny wymiar. Gdynia również ma swoje tajemnice i swoje zęzy, do których spływa to, czego nie chcemy pamiętać.
„Zęza” – rodzina, tajemnice i zaskakujący finał
Najmocniej wybrzmiewa jednak rodzina. Ewa Przydryga pokazuje ją jako przestrzeń miłości, lojalności i bliskości, ale również więzi, które potrafią dusić i prowadzić do tragedii. Rodzina może być zarówno portem, jak i miejscem katastrofy.
„Zęza” nie jest lekką lekturą. Wymaga uwagi, cierpliwości i emocjonalnej gotowości. W zamian oferuje gęstą, wielowymiarową historię z zaskakującym finałem.