Na każdym spotkaniu autorskim pada pytanie, dlaczego piszę? W sumie, gdybym był trochę sprytniejszy, to po tylu latach jeżdżenia po Polsce i po tylu wydanych książkach przygotowałbym sobie jakąś zabawną odpowiedź. Ja natomiast zawsze wtedy zamieram na kilka sekund, jak jakaś sarna złapana w światła samochodowych reflektorów, a w głowie mam bolesną pustkę. I dopiero po chwili zaczynam niezgrabnie odpowiadać.
Bo prawda jest taka, że pisać chciałem od zawsze. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie jednej chwili, jednego momentu w swoim życiu, kiedy postanowiłem, że zostanę pisarzem. Niektórzy mali chłopcy chcą zostać żołnierzami, inni policjantami, inni piłkarzami, a ja zawsze chciałem opowiadać ludziom wymyślone przeze mnie historie. To było pragnienie, które zawsze tkwiło w moim umyśle. Kiedy więc pada pytanie, dlaczego piszę, nie wiem co odpowiedzieć, bo dla mnie jest równoważne z pytaniem, dlaczego oddycham. Nie potrafiłbym żyć inaczej. A już na pewno nie teraz, kiedy zasmakowałem życia, jako uznany autor. Człowiek, który jest się w stanie utrzymać z pisania. Bowiem droga do tego punktu, w którym się zajmuje była długa, kręta, wyboista i naznaczona wieloma porażkami.
Zaczęło się jednak z wysokiego C. W liceum zaczytywałem się „Nową Fantastyką”. Dosłownie pochłaniałem numer za numerem. Przez pewien czas, całkiem długi zresztą, to pismo było dla mnie wyznacznikiem tego, co ciekawe i warte przeczytania. Trzeba też pamiętać, że były to czasy przedinternetowe. W tym sensie, że o ile sam internet oczywiście istniał, to nie był rozpowszechniony. Koszt połączenia się z siecią był ogromnym. Młodsi czytelnicy tego felietonu mogą pójść do dziadków i zapytać o rachunki telefoniczne, które wtedy niektórzy z nich dostawali. Są to wręcz legendarne opowieści, a niektóre kwoty do dzisiaj, pomimo długich lat skumulowanej inflacji, robią wrażenie. Zmierzam jednak do tego, że w świecie bez Wattpada i innych stron, na których młodzi twórcy dzielą się swoimi opowiadaniami, fanfikami i pierwszymi powieściami, „Nowa Fantastyka” była jednym z niewielu miejsc, gdzie można było zadebiutować. A ponieważ była ona (i jest dalej!) wydawana na papierze, miejsca było tam niewiele.
Jako nastolatek zebrałem się pewnego dnia na odwagę. Przygotowałem swoje trzy opowiadania i wysłałem je do „Nowej Fantastyki” właśnie, gdzie trafiły w ręce Macieja Parowskiego. Parowski to w ogóle redaktorsko (i nie tylko, ale tutaj skupmy się na tym aspekcie) człowiek instytucja. Przez jego ręce przeszło pewnie pół współczesnej polskiej literatury polskiej. Mam wrażenie, że nie dość jest doceniany. Zmarł niestety w 2019 roku. No i właśnie ten sam Maciej Parowski poświęcił swój czas, żeby przeczytać moje teksty. A później do tego do mnie zadzwonił. No i pewnego dnia wieczorem odebrałem telefon, w którym pan o chrapliwym, ale dość przyjaznym głosie, zaczął omawiać wnikliwie moje teksty. Pierwszy, z perspektywy czasu naiwne opowiadanie fantasy, odrzucił. Drugi, który był dziwaczną, trochę psychodeliczną fantazją o świecie, w którym człowiek współistnieje z postaciami z kreskówek, bardzo mu się spodobał. Podobnie jak opowieść o mężczyźnie, który pewnego dnia zaczyna rozmawiać z meblami. Oba te teksty powstały pod wpływem prozy Philipa K. Dicka, którym się wtedy zaczytywałem. Z całej tej rozmowy zapamiętałem najlepiej jedno zdanie:
Dwadzieścia lat temu był Sapkowski, dziesięć lat temu Dukaj. Teraz jest pan.
No cóż… Ani Dukajem, ani Sapkowskim nie zostałem. Moje opowiadania się wtedy też w „Nowej Fantastyce” nie ukazały. Parowski podał mi wtedy kilka swoich redakcyjnych uwag. Wszystkie je zastosowałem, odesłałem mu poprawione teksty. Po przeczytaniu stwierdził jednak, że z jakiegoś powodu się nie nadają. Może nawet podał mi ten powód, ale w dogodny sposób wyrzuciłem go z pamięci.
W dużej mierze tak wyglądała moja droga twórcza. Sukces, bo jednak Parowski przeczytał, zadzwonił, pogadał i pochwalił. Porażka, bo ostatecznie nie opublikował. I tak przez wiele lat. Nie ukrywam, musiała mi stwardnieć literacka skóra. Kilka razy moje ego ucierpiało dotkliwie. I tak, były też momenty, kiedy chciałem to wszystko rzucić w cholerę. Ale w najgorszych momentach, gdzieś głęboko w sobie słyszałem ciche echo tych słów: Dwadzieścia lat temu był Sapkowski, dziesięć lat temu Dukaj, teraz pan. Nawet jeśli była to przepowiednia wyjątkowo niespełniona, to i tak dodawała mi otuchy.
A w „Nowej Fantastyce” i tak zadebiutowałem. Ale wiele lat później. I solidnie musiałem się przy tym napocić.
WCH