„Krysuvik. Dom Róży” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego to książka, a właściwie dwa opowiadania w jednej książce, która ma tylko początki, nie ma końca. A może ma? Może nie ma. Może nie ma go tylko fizycznie, ale literacko kończy się dwa razy. My znamy odpowiedź na to pytanie, wy musicie koniecznie poznać treść.
„Krisuvik. Dom Róży” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego – dwie historie o życiu i stracie
Dłuższe opowiadanie jest o polskim imigrancie, który zatrudnia się w domu spokojnej starości w Rejkiawiku. Wędrujemy z nim po korytarzach domu opieki, poznajemy jego rodzinę, żonę i dziecko, poznajemy jego współpracowników, a przede wszystkim poznajemy podopiecznych. To opowiadanie ma przepiękny cel, a mianowicie pokazać, jak tak naprawdę postrzegamy starość i przemijanie oraz jak wielką zależność, a raczej niezależność dają pieniądze.
Narrator pokazuje nam od środka, jak wstrząsająca bywa starość, jak bardzo opiekunowie potrafią odrzeć podopiecznych z godności, jak skrajnie obojętnie i rutynowo zaczynają po pewnym czasie podchodzić do swojej pracy. To, jak jawnie opisane jest spychanie ludzi starych, którzy teoretycznie nie są już potrzebni społeczeństwu, momentami bywa okrutnie mocne i nie jest to zdecydowanie lektura dla tych, którzy są wyczuleni na cierpienie.

O miłości i stracie tego, co kochasz najbardziej
Druga, krótsza część opowiada nam o życiu prostego człowieka z Islandii. Ambitnego, niezbyt wykształconego, ale takiego, który ma cel. Znaleźć żonę, mieć dzieci, utrzymać się z gospodarstwa. Proste ambicje, które mogą zaprowadzić na sam szczyt, a mogą też przez jedną niefortunną sytuację zaprowadzić na dno i zniweczyć marzenia w jednym momencie.
„Krysuvik. Dom Róży” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego to tytuł, który przeczytacie w dwa wieczory, ale pozostanie z wami na wiele miesięcy.