Od lat dekad toczy się debata, czy powieść Mary Wollstonecraft Shelley, należy zaliczać jako powieść fantastycznonaukową. Jednym z założeń tego gatunku, jest to, że dzieli się on na dwie kategorie: powieści, które bazują na naukach ścisłych oraz te, które poruszają chaotyczny rozum człowieka i jego miejsce w świecie. Obydwie pozycje liczą się tak samo, jak i również w jakimś stopniu się przeplatają.
Frankenstein – książka z 1818 roku a najnowsza adaptacja filmowa
Jak ma się to do „Frankensteina”? Powieść porusza obydwie kategorie, jednak jednocześnie nie zagłębia się w żadnej z nich. Czytelnik sam musi znaleźć odpowiedź jak Victor stworzył „potwora” i czy faktycznie stworzenie go nęka, czy to tylko jego halucynacje. Zależy to też którą wersję przeczytacie. Łącznie jest ich trzy: oryginał z 1818, druga z 1823 roku, oraz trzecia i najbardziej znana wersja z 1831 roku. Osobiście uważam, że pierwsza wersja jest napisana najlepiej. Gdy autorka nie miała na sobie wzroku publiczności jako debiutujący pisarz (przez 4 lata uważano, że to jej mąż Percy Shelley jest autorem książki). Wszakże pisanie liberalnych treści w konserwatywnej Anglii nie było najprostszą czynnością.
Reżyser Guillermo del Toro (według Wikipedii) podobno bazował na oryginale z 1818 roku. Co jest nieprawdą, jeśli weźmiemy pod lupę postać Victora Frankensteina. Jego osobowość jest kompletnie inna. Spłycona. W filmie staje się on kołem napędowym dla fabuły. I to właściwie tyle. Nie wiem czy był to dobry ruch ze strony reżysera. W oryginale postać Victora była dopracowana. Tutaj grał jedynie stereotyp szalonego naukowca. Dodatkowo del Toro kompletnie zmienił relacje rodzinne Victora na gorsze, a dynamika ta nawet nic nie wniosła do fabuły.
Relacje rodzinne w „Frankensteinie” Mary Shelley
Więzi łączące ród Frankenstein były tak mocne, że nawet dziś byłyby wzorem dla wielu rodzin. Wersja z 1818 r., ukazywała Caroline oraz Alphonse Frankenstein jako kochające się małżeństwo, które bardzo dbało o swoje dzieci. Nawet po śmieci Pani Frankenstein, ojciec nie zaniedbał swoich obowiązków i mocno przejmował się swoimi dziećmi. Victor oraz Elizabeth (kuzynka, przygarnięta, gdy zmarła jej matka) mieli świetny kontakt już od dziecka. Mimo różnych charakterów, dopełniali się. Victor już na początku powieści, zaznaczył, że „bardzo ją sobie miłuje”.

A ponieważ jego dwaj bracia – Ernest i William, byli od niego dużo młodsi, zaprzyjaźnił się z Henrykiem Clervalem. Ich znajomość była tak silna, że towarzyszył Victorowi w podróży na uniwersytet, a następnie opiekował się nim, gdy ten rozchorował się po stworzeniu potwora. Victor mocno kochał swoją rodzinę i często o niej wspominał. Widać też było, jak oni sami przejmowali się kruchym stanem psychicznym Victora.
Victor Frankenstein i potwór – relacja w wersji z 1818 roku
Relacja Victora z potworem również jest dość specyficzna (dalej wersja z 1818 r.). Już w młodości, gdy zaczytywał się w starych księgach alchemicznych, pragnął powołać do życia coś co sprawiłoby, że ludziom żyłoby się lepiej. Splot kilku wydarzeń, zainteresowań oraz jego ciekawości do nauki, sprawiło, że jego los był praktycznie przypieczętowany. W ten sposób powołał do życia pewien twór – Frankensteina. Jednakże zamiast wziąć za niego odpowiedzialność jako stwórca, pozbył się go i nałożył na niego piętno odrzucenia, wyłącznie przez jego wygląd.
Co jest absurdalne, biorąc pod uwagę, że idea powołania go do życia pochłonęła go tak bardzo, że przesiadywał ogromną ilość godzin w kostnicy (za czym nie przepadał), zapomniał o rodzinie i o własnym zdrowiu. I o ile na początku ich dynamika była niesprawiedliwa, tak w miarę rozwoju fabuły oraz poczynań potwora, miał pewne prawo nie ufać monstrum. A potwór odrzucony wielokrotnie, przesiąknięty goryczą, dokonał czynów moralnie potępianych, czym też nadał sobie tożsamość tego za co go brano. Ironią jest to, że Victor był wychowywany w miłości, a przez jego decyzje i dość niestabilny stan psychiczny, spowodował nieszczęsny efekt domina.
Adaptacja „Frankensteina” – różnice w estetyce i wyglądzie stworzenia
Ciężko pogodzić się z zmienieniem czegoś, co już było perfekcyjnie przemyślane. Dodatkowo, film ściśle trzyma się wersji ładnej estetyki. I o ile pasuje to do kadrów przedstawiających budynki (kolejna nieścisłość z powieścią), czy naturę w idei romantyzmu, to nie uważam, aby wygładzanie wyglądu stworzenia było dobrym pomysłem. Z pewnością łatwiejsze dla charakteryzatorów, ale niekoniecznie adekwatne w rzeczywistości. Choć nie jest to nic nowego w branży filmowej.
„Frankenstein” – pozytywne strony adaptacji
Z pozytywów, adaptacja opowieści potwora jest zgodna w 99%. I przedstawiona w fenomenalny sposób. Każda scena jest przemyślana. Kadry były przepiękne. Zaskoczyło mnie uwzględnienie utworu „Raju utraconego” Johna Miltona. Był on wspomniany w przedmowie z 1831 roku. Dość odważny krok, patrząc na to, że kościół katolicki z chęcią wrzuciłby go na listę zakazaną wraz z Hello Kitty i Harrym Potterem. Jednak pod względem symbolicznym pasuje idealnie. Uważam również, że zakończenie przebiło te w powieści.
Czy warto obejrzeć film i przeczytać książkę „Frankenstein” Mary Wollstonecraft Shelley?
Czy mimo różnic film jest należy przekreślić? Nie, ponieważ to wciąż dobra adaptacja. Aktorzy wykonali świetną pracę, a także widać było, ile pracy było włożone w jej realizację. A jeśli ktoś dalej zastanawia się czy warto przeczytać książkę lub obejrzeć film – warto zrobić obie rzeczy, jednak w kolejności: najpierw oryginał książki z 1818 roku, a następnie film.



Może Cię również zainteresować: „His Obsession” i „His Addiction” booktokowa drama